fbpx
Skip to content Skip to sidebar Skip to footer

Moja podstawówka szybowcowa w Pomorskiej Szkole Szybowcowej

Gdy jako nastolatek miałem okazję polecieć szybowcem w roli pasażera, nie przypuszczałem, że ponad dwie dekady później sam będę pilotował te statki powietrzne. Oczywiście wymagało to wcześniej odbycia odpowiedniego szkolenia, ale po kolei.

Dlaczego Pomorska Szkoła Szybowcowa w Borsku?

Wiele lat po moim pierwszym locie moje myśli zaczęły ponownie krążyć dookoła szybownictwa. W życiu prywatnym czasu zrobiło się więcej, więc zacząłem planować rozpoczęcie kursu. Na co dzień mieszkam w Gdańsku, więc szkolenie chciałem zrobić w którymś z pobliskich aeroklubów. Zależało mi na dobrych warunkach do latania (tzw. termika), doświadczonych instruktorach i przede wszystkim na przyjaznej atmosferze. Szybownictwo to w dużej części sport zespołowy ponieważ do zorganizowania latania i wystartowania szybowca potrzeba kilku osób 😊

Mój wybór padł na Pomorską Szkołą Szybowcową, która na co dzień lata z lotniska w Borsku, tuż obok jeziora Wdzydze. O moim wyborze zdecydowały opinie znajomych oraz spotkanie organizacyjne, na którym miałem okazję dowiedzieć się więcej o organizacji latania. Zależało mi na tym, żeby nie rozwlekać szkolenia, żeby sprawnie przejść „podstawówkę”, a przede wszystkim by szybko zacząć latać na termice. Chciałem się sprężyć i zrobić licencję szybowcową ( SPL ) w ciągu jednego sezonu.

W zimie zaliczyłem zajęcia teoretyczne oraz zrobiłem niezbędne badania lotniczo-lekarskie. W marcu, wraz z rozpoczęciem sezonu byłem gotowy do rozpoczęcia kursu praktycznego.

Jak wygląda organizacja lotów?

W Pomorskiej Szkole Szybowcowej szkolenie odbywa się w małych, kilkuosobowych grupach. Każdy kursant wykonuje dziennie od 8 do 15 lotów, co ma ogromne znaczenie dla tempa nauki i osiąganych postępów. Kurs podstawowy obejmuje 60 lotów, a jego zwieńczeniem jest wykonanie pięciu samodzielnych lotów po kręgu nadlotniskowym. Nie oznacza to jednak, że każdy kursant wykona lot samodzielny już w trakcie tych 60 lotów – wszystko zależy od indywidualnych predyspozycji i postępów w szkoleniu.

Na początku kwietnia, w pierwszym dniu kursu podstawowego, pojawiłem się na lotnisku. Od samego rana dużo się działo. Ja obserwowałem bardziej doświadczonych kolegów, przyglądałem się procesowi składania szybowców oraz ich przygotowywania do lotu. Na lotnisku należy zachować szczególną czujność, która ma kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa wykonywanych operacji lotniczych. Każdy kursant stopniowo przyswaja sobie takie podejście. Wszystkich łączy jeden cel – latać jak najbezpieczniej.

Pierwszy lot w ramach szkolenia polega przede wszystkim na obserwacji i słuchaniu instruktora, który steruje dwumiejscowym szybowcem z tylnego fotela. Na samodzielne wykonywanie manewrów przyjdzie jeszcze czas – nastąpi to już w kolejnych lotach. Start odbywa się przy użyciu samochodu – szybowiec zaczepiony do długiej liny jest rozpędzany i, w zależności od siły wiatru, wznosi się na wysokość od około 350 do 500 metrów.

Rozpoczęcie kursu

 

W pierwszym locie nie miałem zbyt wiele czasu na podziwianie malowniczych widoków okolic jeziora Wdzydze. Instruktor Wojtek wykonał kilka głębokich zakrętów, a moje serce momentalnie podskoczyło do gardła. Żadne latanie na symulatorach nie przygotuje człowieka na to jak organizm reaguje gdy nagle odkrywa, że w szybownictwie istnieją nie tylko lewo i prawo ale również góra, dół i kilka innych bardzo interesujących kierunków. 😊

Instruktor od początku podkreślał, jak ważna jest obserwacja otoczenia szybowca, a nie skupianie się wyłącznie na przyrządach pokładowych, których – w porównaniu z samolotami silnikowymi – jest przecież niewiele. Podczas tego pierwszego lotu działo się tak dużo, że byłem przekonany, iż minie jeszcze sporo czasu, zanim samodzielnie wykonam podobny lot. Na szczęście myliłem się.

Kolejne loty przebiegały zgodnie z programem szkolenia. Obejmował on naukę lotu po prostej, wykonywania zakrętów oraz budowania kręgu nad lotniskowego, podczas którego ćwiczy się zarówno starty i lądowania, jak i obserwację otoczenia oraz ocenę wpływu wiatru na tor lotu szybowca. Uczyliśmy się utrzymywania równowagi w locie, prawidłowej koordynacji zakrętów, a także prowadzenia korespondencji radiowej w rejonie lotniska, gdzie oprócz szybowców można spotkać również samoloty, wiatrakowce oraz paralotnie.

W trakcie szkolenia starałem się pojawiać na lotnisku tak często jak tylko było to możliwe. Wykonywałem nawet kilkanaście lotów dziennie, dzięki temu sam zauważałem, że z każdym kolejnym lotem robię postępy. Każda uwaga instruktora trafiała do dziennika szkolenia, a uwag było sporo. Czasem miałem wrażenie, że instruktorzy znajdują więcej rzeczy do poprawy niż moja żona podczas składania mebli z Ikea. Z drugiej strony trudno się dziwić – nauka latania to jednak nie jazda na rowerze.

Najbardziej podobało mi się to, jak instruktor stopniowo przekazywał mi pełną kontrolę nad szybowcem. W pewnym momencie złapałem się na myśli – „chwileczkę, przecież to ja przed chwilą samodzielnie wylądowałem tym szybowcem!”. Takie doświadczenia naprawdę pomagają budować pewność siebie za sterami.

Dalszy przebieg szkolenia

Gdy opanowałem budowanie kręgu i moje starty oraz lądowania były akceptowalne zaczęliśmy ćwiczyć sytuacje awaryjne, do których może dojść podczas startu szybowca. Choć zdarza się to bardzo rzadko to możliwe jest np. zerwanie liny podczas wznoszenia. Ćwiczy się wobec tego warianty przerwania startu na niskiej i średniej wysokości. Na dany przez instruktora znak autohol przerywa ciąg, a zadaniem pilota jest natychmiastowe zabezpieczenie prędkości oraz podjęcie właściwej decyzji. Czy lądować na wprost? Czy wykonać zakręt o 180 stopni i wrócić na lotnisko z przeciwnego kierunku? Czy może mając bezpieczną wysokość wykonać krąg dwuzakrętowy? Po kilkunastu takich ćwiczeniach, często przeprowadzanych niespodziewanie i na różnych etapach szkolenia, wyrabia się nawyki, które w sytuacji rzeczywistego zagrożenia pozwalają działać szybko i bez zbędnego zastanawiania się.

Innym fajnym momentem szkolenia było wprowadzanie i wyprowadzanie szybowca z korkociągu. Strome opadanie połączone z obrotem wokół osi pionowej, który trzeba szybko zatrzymać i wyprowadzić do lotu poziomego. To daje wrażenia przy którym jakiekolwiek wesołe miasteczko wysiada! Jednocześnie jest to umiejętność, która może nam w przyszłości uratować życie.

Codzienność na „kwadracie” szybowcowym

Szybownictwo jest tak naprawdę sportem zespołowym. Oczywiście, w powietrzu pilot pozostaje sam i to od jego umiejętności zależy bezpieczne wykonanie lotu. Aby jednak szybowiec mógł w ogóle wystartować, potrzebna jest współpraca kilku osób. Oprócz pilota niezbędny jest kierowca samochodu ( lub operator wyciągarki) osoba odpowiedzialna za starty, a także osoba pomagająca podczas rozbiegu utrzymać skrzydła szybowca w poziomie. Chętnych do latania jest zwykle co najmniej kilku, dlatego większość dnia – od wczesnego rana, aż do zachodu słońca – spędza się w obrębie tzw. „kwadratu” czyli miejsca, w którym piloci oczekujący na swój lot mogą odpocząć, porozmawiać i obserwować przebieg szkolenia. To również centrum organizacyjne lotów. Prowadzi się tam dokumentację, rejestruje wykonane loty oraz wykonuje drobne prace związane z przygotowaniem sprzętu.

Wśród pilotów i kursantów można spotkać osoby w różnym wieku, wykonujące najróżniejsze zawody i mające bardzo odmienne doświadczenia życiowe. Na lotnisku te różnice schodzą jednak na dalszy plan. Liczy się wspólna pasja do latania, a atmosfera wzajemnej życzliwości i gotowości do pomocy sprawia, że każdy może liczyć na wsparcie bardziej doświadczonych kolegów. Wszyscy kibicują sobie nawzajem i cieszą się z kolejnych sukcesów osiąganych podczas szkolenia.

To właśnie wyjątkowa atmosfera panująca na „kwadracie” sprawia, że czas oczekiwania na kolejny lot mija zaskakująco szybko.

Mój pierwszy lot samodzielny

Na pierwszy samodzielny lot szybowcem przyszło mi chwilę poczekać. Pogoda nie rozpieszczała, kilka razy zwyczajnie brakowało czasu, albo termika była tak fajna, że żal było nie skorzystać. Dopiero pod koniec sierpnia miałem okazję na samodzielne wzbicie się w powietrze.

Jeśli myślicie że samodzielny lot jest w jakiś sposób zapowiedziany, że należy się do niego specjalnie przygotować – to myślicie źle 😊 W praktyce gdy instruktor uzna że jesteśmy gotowi tzn. startujemy i lądujemy poprawnie, znamy okolicę, potrafimy obserwować otocznie, a nie tylko przyrządy – puszcza nas do samodzielnych kręgów dookoła lotniska. W moim przypadku w dniu gdy wiatr nie był mocny – warunek konieczny na loty samodzielne – instruktor po prostu wysiadł z tylnej kabiny i spytał czy chcę lecieć sam. Serce zabiło mocniej ale wiedziałem, że jestem gotowy. Nie było czasu na niepotrzebne rozmyślania – podczepienie liny, sprawdzenie zamknięcia kabiny. Hamulce? Zamknięte! Powierzchnie sterowe odpowiadają na ruchy drążkiem i nogami? Tak! Test radia? Słychać na 5! Maksymalne skupianie i jestem w pełni gotów! Instruktor podniósł skrzydło, a ja patrzyłem jak lina się napręża, rozbieg i po chwili oderwałem się od ziemi.

Moment w którym się wyczepiłem i po raz pierwszy byłem całkowicie samodzielnie w powietrzu jest trudny do opisania słowami. Nie zabrzmi oryginalnie stwierdzenie, że trzeba to po prostu przeżyć samemu, ale tak właśnie jest! 😊 Z jednej strony myśl, że teraz tylko ja odpowiadam za moje bezpieczeństwo, z drugiej maksymalna koncentracja by poprawnie wyjść na ścieżkę podejścia do lądowania i przyziemić bezpiecznie. Cała wiedza zdobyta w czasie szkolenia ma w tym momencie zastosowanie. Znikł gdzieś stres, a na twarzy pojawił się uśmiech bo wszystko szło jak po sznurku. Jeszcze „tylko” lądowanie – tutaj nie będę czarował rzeczywistości, że było idealnie bo zatrzymałem się daleeeeko za „kwadratem” ale wylądowałem bezpiecznie. Uścisk ręki instruktora, słowna przestroga bym nie nabrał nadmiernej pewności siebie i nie ma na co czekać – kolejny samodzielny lot…a potem jeszcze jeden. Przez towarzyszące mi emocje każdy lot wydawał mi się długi, a w rzeczywistości trwał tylko kilka minut. Na dłuższe loty przyjdzie jeszcze czas.

Wracałem po tym długim dniu do domu z poczuciem ogromnej radości. Nie żałowałem ani jednej minuty spędzonej w szybowcu. Dla mnie to dopiero początek drogi. Obecnie wykonuje dalsze loty do licencji SPL – doskonalę loty termiczne już w jednoosobowym szybowcu. Jestem pewien, że wspomnienia pierwszego samodzielnego lotu nigdy nie zapomnę, czego życzę wszystkim przyszłym kursantom 😊